08 cze #85 Czemu miasta potrzebują suwerenności żywnościowej?
Zapraszam na odcinek złożony z kilku rozmów, które nagrałam podczas Kongresu „Miasta dla suwerenności żynościowej” 05.06.2025 w Warszawie. Po co to eko było patronem medialnym wydarzenia. Usłyszycie Alicję Wójcik, koordynatorkę Kongresu z CoopTech Hub, Katarzynę Banul Wójcikowską z Instytutut Strategii Żywnościowych Grunt, prof. Paulinę Kramarz z UJ, prof. Tadeusza Pomianka z WSIiZ w Rzeszowie, Monikę Kubisz z Urzędu Miasta w Rybniku, Damiana Micyka – rolnika i Wiolettę Olejarczyk, związaną z ruchami Agroekologicznymi. Na zakończenie także kilka słów od Joanny Erbel.
Więcej na tematy poruszane w odcinku:
- APEL KOALICJI NA RZECZ SUWERENNOŚCI ŻYWNOŚCIOWEJ w sprawie budowy odpornego systemu żywnościowego: https://instytutgrunt.org/aktualnosci/apel-koalicji-na-rzecz-suwerennosci-zywnosciowej/
- Raport „Miasta dla suwerenności żywnościowej„.
- Aplikacja „PLZ” – znajdziesz ją w sklepach z aplikacjami w swoim telefonie; aplikacja jest bezpłatna.
- Ekspertyza przeciwdziałająca marnowaniu żywności w szkołach – do pobrania na tej stronie / Food Loops : https://czystemiasto.gdansk.pl/foodloops/
- FB – Damian Micek, rolnik https://www.facebook.com/damian.micyk.12
Posłuchaj powiązanych odcinków Po co to eko:
- Rozmowa z Katarzyną Sokołowską o miejskiej farmie we Wrocławiu https://pocotoeko.pl/81-jak-wroclaw-zorganizowal-najlepsza-w-kraju-farme-miejska-przyklad-skutecznego-dzialania-samorzadu-dla-ludzi-i-planety/
- Rozmowa o jadalnym Krakowie z Katarzyną Przyjemską-Grzesik „Nakarm swoje miasto!” https://pocotoeko.pl/56-2/
- Rozmowa z Joanną Maślukiewicz – rolniczką z Dolnego Śląska „Jakiś gen pasterski na pewno mam!” https://pocotoeko.pl/75-2/
- Rozmowa z Justyną Zwolińska o protestach rolniczych „Dlaczego rolnicy wyszli na ulice?” https://pocotoeko.pl/51-2/
- Rozmowa z Justyną Zwolińską o systemie żywnościowym oraz umówię UE-Mercosur „Czy globalny handel zapewni nam bezpieczeństwo żywnościowe?” https://pocotoeko.pl/54-2/
- Rozmowa z Justyną Zwolińską o Nowej wizji Rolnictwa i Żywności: https://pocotoeko.pl/77-nowa-wizja-rolnictwa-i-zywnosci-co-z-rolnictwem-rok-od-protestow/
- Rozmowa z Wojciechem Ganczarkiem o rolnictwie a Ameryce Południowej „Jak na umowę UE-Mercosur patrzą mali rolnicy w Paragwaju?” https://pocotoeko.pl/55-2/
- Rozmowa z dr Jerzym Plewą o protestach rolników „Czyj to protest i czyj interes?” https://pocotoeko.pl/keplewa/
- Rozmowa z Dorotą Meterą o Zielonym Ładzie i Atlasie Pestycydów „Zielony Ład – wilk w owczej skórze czy kozioł ofiarny?” https://pocotoeko.pl/62-2/
- Debata nt. lokalnego bezpieczeństwa żywnościowego (przedwyborcza): https://pocotoeko.pl/57-2/
- Rozmowa z Pauliną Sobiesiak-Penszko o badaniach małych i średnich polskich rolników: https://pocotoeko.pl/50-2/
- Rozmowa z Kamilą Sułek (Dom w szczerym polu) o żywności od rolnika „Dlaczego potrzebujemy siebie nawzajem?” https://pocotoeko.pl/52-2/
Wywiad z Pauliną Kramarz o współczesnym systemie produkcji żywności – fragment odcinka [transkrypcja po redakcji]
Współczesny system produkcji żywności jest czymś, co dla wielu osób jest oczywistością i jedyną możliwą drogą. Nie znają historii. Ludziom się wydaje, że tak jak jest, było zawsze, tak jak jest – być musi i czasami ciężko im sobie wyobrazić jakąś alternatywę, że może w ogóle to wszystko wyglądać inaczej. Pytanie czy tak rzeczywiście jest, jak sobie niektórzy myślą? Czy obecny system ma swoje wady, których powinniśmy być świadomi? I jakie są alternatywy, jeżeli są dostępne?
Obecnie dominujący system wytwarzania żywności, czyli takie uprzemysłowione wytwarzanie żywności… Już nawet w twoim pytaniu jest to zaszyte, bo jesteśmy przyzwyczajeni mówić „produkcja”, a żywność to nie jest samochód. To jest żywność. Ona jest robiona z żywych istot. Wszystkie – obojętnie czy to są rośliny, czy są zwierzęta. Jedyne, czego nie jemy żywego, to jest woda i sól, powiedzmy. To ma same wady, bo jesteśmy do tego przyzwyczajeni.
Myślę, że to przyzwyczajenie ma już prawie kilkusetletnią historię. Ono się wiąże na przykład z kolonializmem, który wprowadził wielkoobszarowe monokultury. Na nich uprawiano na przykład w Amerykach trzcinę cukrową, jeżeli chodzi o żywność, albo produkty rolne – czyli na przykład bawełnę. A w Polsce w ten sposób uprawiano pszenicę. Wszystko wygląda na to, że słabe gleby w Polsce wynikają z nadmiernych upraw pszenicy na przestrzeni kilkuset lat. Ponieważ ta pszenica była głównie uprawiana na eksport i na eksporcie zarabia najbogatsza część społeczeństwa – dlatego pszenicę wybrano.
To jest też element tego uprzemysłowienia żywności, że właściwie świat jest uzależniony w dużym stopniu od pszenicy. Drugie zboże to jest kukurydza – ona w dużym stopniu jest też uprawiana na paszę. Trzecie zboże to jest ryż. W przypadku pszenicy, czyli takiej naszej uprawy… Ona dlatego wygrała, że łatwo jest ją kontrolować. To znaczy łatwo jest kontrolować obszar, na którym jest uprawiana, w przeciwieństwie na przykład do bulwiastych roślin. Łatwo się ją przechowuje i łatwo się transportuje.
Już coraz więcej jest też głosów, że jeżeli by nie zmuszano – od okresów feudalnych, czy jeszcze nawet przed kolonializmem – chłopstwa do uprawy pszenicy, to oni spokojnie mogliby się wyżywić z wielogatunkowych ogrodów warzywnych. Plus to, co się działo w lasach, bo o tym się też zapomina, że duża część żywności, powiedzmy kilkaset lat wstecz, a na pewno dawniej, pochodziła po prostu z lasu. To znaczy na przykład wypasano zwierzęta, świnie jadły żołędzie.
Czasem te lasy w niektórych regionach były nazywane lasami wiejskimi. Tak trochę je poprawiano, żeby na przykład miały więcej orzechów laskowych w naszym regionie. To się po prostu działo. Wręcz historia też pokazuje, że raz na jakiś czas ludzkość porzucała rolnictwo, ponieważ rolnictwo w takiej formie, jakie ono jest obecnie, szczególnie w tym aspekcie uprzemysłowionym, jest po prostu bardzo pracochłonne.
Pierwsze nieszczęście to były wielkoobszarowe monokultury. One się rozeszły na cały świat, łącznie też z Polską. Ponieważ większość tej pszenicy była po prostu używana, eksportowana do innych krajów europejskich i była po prostu źródłem zysku. Zamiast wytwarzać, uprawiać rośliny na żywność dla lokalnej ludności, czyli dla chłopstwa, zaczęły się takie uprawy również w Polsce, które były tylko i wyłącznie źródłem zysku. Stąd też był głód w Polsce – po feudalizmie nastąpiła pańszczyzna. Myślę, że już większość osób, która słucha tego, wie, na czym ona polegała.
Doszło w pewnym momencie do szczytu panowania pańszczyzny, doszło do takich absurdów, że jeden chłop, czy też właściwie rodzina chłopska, musiała czternaście dni w tygodniu odpracować, co oznaczało zaangażowanie całej rodziny w odpracowanie tego, że mogli mieć kawałek swojego pola albo w ogóle, że żyli w danej okolicy.
To widmo głodu wisi w wielu krajach, bo to był taki swoisty system niewolniczy. Ale też musimy pamiętać, że w wielu krajach było albo takie wykorzystywanie chłopstwa, albo po prostu byli niewolnicy, którzy głodowali. Myślę, że to jest bardzo głęboko zaszyty lęk przed głodem, a zapomina się… To samo jest dokładnie obecnie – zapomina się, że to nie przyroda, to nie uprawy były mało wydajne, tylko po prostu były źródłem zysku. To znaczy na przykład, jeżeli w jednym miejscu uprawiano bawełnę, to eksportowano pszenicę jako pokarm, żeby zapewnić jakieś tam pożywienie tym robotnikom, którzy przy tym pracowali.
Oczywiście jedno z nieszczęść naszej cywilizacji – za to uprzemysłowienie bardzo mocno płacimy w tej chwili. To uprawy trzciny cukrowej i uzależnienie, kolejne uzależnienie całego świata od cukru – tanie źródło energii na przykład dla powstającej klasy robotniczej, które się za nami ciągnie. W tej chwili nam grozi, że w 2035 roku będziemy mieć ponad 50% populacji światowej, która będzie cierpiała na otyłość lub będzie miała nadwagę.
To jest po prostu… To są takie miejsca, gdzie widać, że ta uprzemysłowiona żywność musi być marnowana, musi być konsumowana w nadmiarze, bo inaczej kółko zysku się nie kręci. To jest dokładnie taki sam mechanizm jak na przykład z ubraniami, czyli fast fashion. Trzeba ich dużo kupować, wyrzucać, one są coraz gorszej jakości, więc przetrwają jeden, dwa dni. Czasem niektóre z niektórych koncernów, działają tak, że te ubrania mało co przetrwają [krótki czas użytkowania]. To samo jest ze smartfonami. To samo jest z samochodami.
A ludzie, jeżeli chodzi o żywność, w ten sposób nie myślą. Myślą, że po prostu w naszym regionie, na bogatej północy, oczekujemy, że będziemy mieć dostęp do nieograniczonej ilości żywności. To się kończy tak, że oczywiście nie najuboższa część społeczeństwa – musimy pamiętać, że w Polsce jest około trzech milionów osób żyjących w ubóstwie – ale osoby bogatsze… Kończy się to tak, że ta nieograniczona dostępność powoduje łatwość wyrzucania tej żywności. Ona jeszcze do tego często jest złej jakości. Szacuje się, że w Polsce rocznie wyrzuca się około pięciu milionów ton żywności rocznie, z czego 60% na poziomie gospodarstw domowych. To są gigantyczne ilości. Wyrzuca się chleb, wyrzuca się wędliny, co oznacza, że wyrzuca się też energię, która została zużyta do ich produkcji.
Oczywiście to powoduje, że tak uprzemysłowiony system wytwarzania żywności, rzeczywiście złej jakości żywności, która wpływa negatywnie na nasze zdrowie, ma jeszcze gigantyczny negatywny wpływ po prostu na całą planetę. Bo to powoduje, że nadmierne obszary są przeznaczane na uprawę żywności, która jest wyrzucana, do tego wszystkiego – czyli to oznacza po prostu gwałtowny spadek bioróżnorodności. Dodatkowo to wpływa gigantycznie na klimat, bo też energia jest potrzebna do transportu, bo ta żywność często jest transportowana na duże odległości.
Jak się przyjrzymy temu, to jest po prostu, mówiąc kolokwialnie, czyste zło, bo to nie daje nam ani dobrej jakości żywności, jest wytwarzane z gigantyczną szkodą dla środowiska, dla przyrody i dla klimatu, a do tego wszystkiego powoduje gigantyczne cierpienie. Bo jedną z rzeczy, która jest wytwarzana nadmiarowo, to jest nabiał i mięso, które pochodzi w coraz większym stopniu ze zwierząt trzymanych, hodowanych na fermach przemysłowych, które są trzymane w złych warunkach.
Prowadzi to też do nad konsumpcji mięsa, co jest też znowu niezdrowe dla nas, i niestety właśnie prowadzi do wyrzucania. Można więc powiedzieć, że ta tania żywność, niezdrowa dla planety i dla nas, dodatkowo jest okupiona gigantycznym cierpieniem tak całej przyrody, można powiedzieć, ale też ludzi, którzy pracują w tych fermach. Jak ktoś widzi te pola kukurydzy w Polsce, to jest na paszę dla zwierząt, wypalane lasy tropikalne na paszę dla zwierząt, co oczywiście kończy się cierpieniem tych istot, które tam żyją. Ludności rdzennych. Uprawia się na przykład soję na paszę dla zwierząt w Europie zamiast żywności dla tamtejszych społeczności.
Jak się przyjrzymy, to bardzo trudno jest oczekiwać, że będzie dobre i będziemy żyli w dobrostanie, żywiąc się po prostu cierpieniem. To jest takie bardzo… Ja wiem, że to brzmi bardzo metafizycznie, ale myślę, że bardzo potrzebujemy tej metafizyki. To znaczy potrzebujemy tego połączenia się z przyrodą i szacunku – jakkolwiek to brzmi trywialnie – ale szacunku dla każdej żywej istoty, którą jemy. A to się nie dzieje. Jeszcze do tego właśnie nie szanujemy całej przyrody, bo traktujemy to jako tylko i wyłącznie źródło zasobów. Może nie bezpośrednio, ale w pewnym stopniu też się do tego przyczyniamy, jeżeli nie jesteśmy świadomymi konsumentami, a bardzo mało osób niestety ma świadomość jakości tej żywności przemysłowej i jakim kosztem ona jest wytwarzana.
Wytwarzanie żywności jest odpowiedzialne w dużej mierze za postępującą degradację środowiska, zmianę klimatu, ale też jest wyjątkowo wrażliwe na te skutki. Co realnie już dzisiaj grozi różnym wytwórcom, rolnikom? Jakie zmiany?
Ja myślę, że takim prawdziwym rolnikom i rolniczkom, których jest, powiedzmy, jakaś część, ale którzy jeszcze pamiętają, jak ich dziadowie, pradziadowie uprawiali żywność… W ślad za nimi idą doświadczenia już obecnie na przykład rolników ekologicznych czy całego nurtu rolnictwa alternatywnego czy też agroleśnictwa. To im nic nie grozi, bo oni się opierają na zasobach stricte lokalnych i wiedzą – obojętnie, czy mają certyfikat, czy nie, bo powiedzmy, w certyfikatach ekologicznych jest to jakoś tam zaszyte – i wiedzą, że się muszą troszczyć o tę przyrodę. Dodatkowo wiedzą też, że jeżeli z nią współpracują, to mają mniejsze koszty. Bo na przykład – jest dobrze utrzymana gleba, a mamy w Polsce problem z degradacją gleby.
Jeżeli jest dobrze utrzymana gleba, to rośliny są zdrowsze. Jeżeli są zdrowsze, to nie trzeba stosować niektórych środków chemicznych. Do tego wszystkiego, jeżeli mamy pasy zieleni typu miedze i zadrzewienia, a tam bytują organizmy, które nam zjadają te, które by się mogły żywić plonami – czyli gryzonie, owady, bo tam są ptaki, owady drapieżne i tak dalej. Utrzymany krajobraz rolniczy – on już nawet nie musi być jakiś mega ekologiczny – on jeszcze do tego wszystkiego troszczy się o całe otoczenie, bo zatrzymuje wodę w razie powodzi, a jednocześnie przeciwdziała suszy, rozbija wiatry, czyli też chroni.
Taki różnorodny system, który nie jest wielkoobszarową monokulturą, na przykład pszenicy… Jeżeli przyjdą jakieś klęski – a przychodzą typu gradobicia i tak dalej – to zawsze nam coś zostanie. A jak przyjdzie gradobicie na gigantyczną uprawę pszenicy, to nic nam nie zostaje. Do tego wszystkiego to uprzemysłowione rolnictwo opiera się na długich łańcuchach dostaw, a już doskonale widzieliśmy, jak się rozpoczęła wojna w Ukrainie, jak to się kończy.
To znaczy uzależniono od pszenicy Afrykę, która wytwarza dla nas na przykład kakao, kawę. A my radośnie sprzedajemy pszenicę, zarabiając na niej – obojętnie, czy to jest Ukraina, Rosja i tak dalej. W momencie, jeżeli ten łańcuch się przerwie, to oni nie mają upraw w swojej żywności, a pszenicy nie ma. To samo się dokładnie może stać u nas, jeżeli nie będziemy mieć lokalnych i jeszcze do tego sezonowych upraw, tylko się będziemy przyzwyczajeni do długich łańcuchów dostaw – to się wszystko posypie.
Tak jest na przykład właśnie z chowem zwierząt, takim wielkotowarowym, jak to mówią brzydko – to znaczy jeżeli się przerwą te łańcuchy dostaw na przykład paszy z zagranicy, to oni nie mają czym karmić zwierząt. To też zresztą było widać w rolnictwie uzależnionym od nawozów sztucznych, bo jeszcze przed wojną w Ukrainie były problemy z dostawami nawozów, ponieważ Rosja przestała wysyłać te nawozy, bo był problem z metanem, który służy do produkcji nawozów azotowych. Nagle rolnicy zaczęli sobie przypominać, że jest coś takiego jak połączenie chowu zwierząt z uprawami. To znaczy zwierzęta po prostu dają nam nawóz. Dawniej jako nawóz używało się… ludzie też zapomnieli o tym zupełnie – również ludzkie odchody i mocz, oczywiście odpowiednio przefermentowany i tak dalej. Bo to jest kolejne marnotrawstwo, które mamy.
Takie uprzemysłowione rolnictwo jest bardzo wrażliwe na wszelkiego rodzaju klęski, wszelkiego rodzaju załamania łańcuchów dostaw. To właśnie w przypadku różnych konfliktów militarnych doskonale widać. Na przykład też widać w Ukrainie, gdzie na samym początku to, co padało, to padały właśnie fermy przemysłowe, bo to jest bardzo łatwo zniszczyć. Przyjdzie jedna bomba i tracimy kilka milionów zwierząt.
Takie rozproszone lokalne rolnictwo… myślę, że dobrze biologicznie wykształcony rolnik – a mamy takich na szczęście, jak na przykład Snowidowo koło Poznania – to oni sobie zdają sprawę, jak ta żywność powinna być wytwarzana, żeby to było również tak, żeby być odpornym na susze, na powodzie, ale też na załamanie dostaw chociażby nawozów czy też paszy w przypadku zwierząt.
To myślę, że to jest takie bardzo niefrasobliwe, jak ja czasem słyszę, że musimy eksportować dużo żywności, bo na tym zarabiamy. Czy nie powinniśmy się skupić na tym w obecnej sytuacji, żeby żywność, którą wytwarzamy, była maksymalnie dla nas? Wtedy to tam jeszcze powoduje oczywiście również korzyści społeczne, bo łączymy się z rolnikami. Oni mają lepsze zarobki, tworzymy im rynek, nie muszą go szukać za granicą.
Po co kupować pomidory z Hiszpanii, jak możemy sobie poczekać na pomidory polskie? A jak nam brakuje witamin, to kiszonki. To jest całe mnóstwo takich tradycyjnych rozwiązań, które powinny być wprowadzane. A straszy się nas, że to jest powrót do jaskiń, ale to trochę dlatego, że kolejnym uzależnieniem ludzkości są technologie. Ludzie po prostu myślą, że jedyne, co nas uratuje, to są technologie, bo czują się chyba jak bogowie. Takie mam czasem wrażenie. Zapominają, że jest przyroda, a my jesteśmy jej nieodłączną częścią. Nie jesteśmy w stanie funkcjonować bez przyrody. Ta przyroda nam to coraz bardziej przypomina.
Jeżeli chodzi o żywność, jeżeli będziemy niszczyć, degradować glebę, będziemy niszczyć pół świata po to, żeby wytwarzać przemysłową żywność, to się wcześniej czy później źle skończy. To zresztą teraz widać, bo zaczynają… nieciekawe pogłoski. Ale mamy ptasią grypę, która już trwa kilkadziesiąt lat i pewnie mało się kto orientuje, bo o tym nie pisze się na pierwszych stronach gazet, że już kilkadziesiąt milionów ptaków – czyli kur, indyków i tak dalej – w tym roku zostało albo umarło, albo zostało zabitych z powodu ptasiej grypy. To są gigantyczne ilości. Raz, że oczywiście cierpienie tych zwierząt, a dwa – gigantyczne ilości żywności, która się marnuje. To są głównie ptaki trzymane na fermach, bo jak tam jest jeden, dwa, trzy ptaki, to po prostu od razu się… Już zaczynają – już są pogłoski, że na przykład koty się zaczynają zarażać ptasią grypą. Ja się śmieję, że może jak koty, a koty bardziej zwrócą uwagę niż na te najbardziej właściwie zapomniane zwierzęta, jakimi są zwierzęta farm przemysłowych.
A jeszcze do tego wszystkiego się zapomina, że nie dość, że się zabija te zwierzęta albo umierają z powodu epidemii, to one jeszcze kiedyś czymś były nakarmione. Czy się marnują? Gigantyczne tereny znowu dzikiej przyrody, które zostały przekształcone na to, żeby nakarmić zwierzęta, które umierają dlatego, że są chowane w skoncentrowany sposób.
Jakie są trzy rzeczy, które miasto może zrobić, żeby zwiększać swoją odporność?
Myślę, że po prostu przekształcić maksymalnie dużo terenów zielonych w ogrody owocowo-warzywne. Bardzo piękną ideą, jakby to były po prostu uprawiane przez mieszkańców i mieszkanki. To jest na szczęście coraz modniejsze, popularniejsze. Ludzie to coraz bardziej lubią, bo widzą, jak im to na psychikę, że tak powiem kolokwialnie, dobrze robi. Tych trawników mamy mnóstwo. Jeżeli chcemy mieć jakąś krótszą trawę, to możemy tam wypasać owce. Błonia w Krakowie kiedyś były miejscem wypasu krów i nie było jakiegoś problemu. A do tego wszystkiego trzeba pamiętać, że jak są wypasane, to jeszcze nawożą przy okazji.
Te dachy, które się da przekształcić – bo nie wszystkie się da – to też przekształcić na ogrody owocowo-warzywne, bo one jeszcze dodatkowo wtedy chłodzą miasto. To nam jeszcze zrobi taką jedną rzecz, że wtedy będziemy bardziej dbać o czystość powietrza w mieście, bo wiadomo, że w smogowanym mieście to już nie byłoby za dobrze. Ja myślę, że to jest taka jedna najważniejsza rzecz, żeby w razie czego jednak w dużym procencie miasto było niezależne żywnościowo.
Czyli nie robimy osiedli, które stawiamy w środku pola rolnego, tylko dbamy o mieszkańców. Niech oni mieszkają w miastach, a tam, gdzie są te tereny rolne, to je przeznaczamy po prostu na uprawy czy też na pastwiska. Zielone dachy, ale też stworzenie całej sieci targowisk. To, mam wrażenie, też wraca. To jest kolejna rzecz, która oddolnie się tworzy.
Tak jak jest przy ogrodach, jest wątek społeczny – też przy szkołach mogą być ogrody, przy przedszkolach. Takie rzeczy się dzieją. Jest „Ogród z Klasą” w Krakowie. Dodatkowo to są targowiska, żeby niekoniecznie sam rolnik, ale jakąś tam, powiedzmy, jedna, dwie osoby albo też spółdzielnia, która sprzedaje na targach, bo to jest też połączenie różnych społeczności. Myślę, że to jest taka druga rzecz.
A trzecia rzecz w miastach… no właśnie, to chyba już trzecia rzecz nie przychodzi do głowy, bo jeżeli byśmy te dwie rzeczy zrobili, to już po prostu najfajniejsze. To się oddolnie dzieje i trzeba się tylko rozglądnąć trochę, nie być leniwym i chodzić tylko do wielkich supermarketów. Ale na przykład w Krakowie – nie wiem, jak jest w innych miastach – ale widzę, że powróciły warzywniaki na przykład. To już jest jakiś taki pierwszy sygnał, że jednak ludzie lubią kupować w warzywniaku, lubią sobie porozmawiać ze sprzedawcą, a nie tak, jak jest teraz w supermarketach, że biorą z półki, idą do samoobsługowej kasy – już nawet kasjerek nie ma prawie.
Może taka trzecia rzecz – musimy wszyscy myśleć, nie tylko w miastach, że jesteśmy gatunkiem społecznym. Po prostu to jest jedna z najważniejszych rzeczy, która się powinna dziać.